Szukaj na tym blogu

Translate

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Dżem z pędów świerkowych



      Wszystko zaczęło się od słynnych syropów pewnej marki, jeszcze potem kilka innych firm również wypuściło nowy produkt z pędów sosny. Pomysł jak najbardziej OK, ale ja się bardzo zbuntowałam, bo w syropie z pędów sosny czy świerku samych pędów niewiele, dodatków od groma, a cena niekoniecznie adekwatna do zawartości. Zatem w sezonie na pędy sosny/świerku powstał może nie syrop, a dżem, który z powodzeniem dodaję do herbat i nakładam na jakieś pieczywo.

      Trochę się spóźniłam niestety z wpisem, ale mam nadzieję, że zainspiruję kogoś na następny rok :-) 
      Pędy sosny lub świerku pojawiają się zazwyczaj w maju, czasem koniec kwietnia. 
     Dwie uwagi ode mnie: ni ogałacamy młodych i starych drzew do zera, zebranie więcej niż 1/4 pędów to dla mnie już niszczenie sosny czy świerku. Pędy przerośnięte, powiedzmy więcej niż 5 cm - niektórzy twierdzą, że więcej niż 10 cm - nie nadają się do zrobienia dżemu i syropu, bo mogą fermentować i są bardzo twarde do posiekania.

      Zapewne wiele ze starszych czytelników pamięta bardzo słodkie syropy na kaszel, drapiące gardło ze swojego dzieciństwa. Były bardzo słodkie i czasami posmak żywicy sprawiał, że język drętwiał :-)

      Syrop wykonuje się bardzo prosto: w dużym słoju układa warstwami pędy sosny lub świerku i przesypuje je cukrem. Taki słój nakrywa gazą, na 2 miesiące odstawia. A ja dla bezpieczeństwa co jakiś czas zawsze wymieszam całą zawartość solidnie potrząsając słojem. Następnie zlewa do butelek i dodaje odrobinę spirytusu, by syrop się nie zepsuł.

      Dżem wyszedł nieco przez przypadek :-), bo się napatrzyłam na przepis na marmoladę u Mr. Wilsona...i poszło, a dżemo-marmoladę robi się go równie prosto jak syrop. Skraca się również czas , bo już po usmażeniu lekarstwo można spożywać. 

     Pędy sosny lub świerku trzeba bardzo drobno pokroić, im większe igły zostawimy - tym większy dyskomfort podczas spożywania. Posiekane pędy wrzucić do garnka, zasypać cukrem, dodać odrobinę wody i smażyć na małym ogniu aż cukier ładnie się roztopi i delikatnie ściemnieje. Nie smażyłam tego godzinę, lub kilka dni jak typowy dżem, ale żaden słoiczek nie popsuł mi się jeszcze, a marmoladę robię już drugi rok. Nie przecedzałam syropu od igliwia, więc mam dość gęsty dżem, sam syrop jest płynny i nie twardnieje tak bardzo.




Dlaczego syropy/dżemy/marmolady są tak cudowne? 
Słów kilka o właściwościach leczniczych pędów sosny i świerku.

      Przede wszystkim trzeba zacząć od witamin. Te drzewa iglaste, a konkretnie pączki i igliwie zawierają:


  • olejek lotny (w tym terpentyny),
  • żywice,
  • gorycze,
  • witaminę C,
  • garbniki,
  • flawonoidy.
     Oprócz działania wykrztuśnego i przeciwbakteryjnego pączki sosny działają lekko moczopędnie i napotnie. Inhalacje olejkami z drzew iglastych wspomagają oczyszczanie płuc i oskrzeli. Kąpiele z dodatkiem igliwia odkażają i działają antybakteryjnie.


       Magia - czyli jak dawniej wykorzystywano lecznicze właściwości sosny i świerku.

    Jak się okazuje drzewa iglaste zachwycały też ludzi 3 tysiące lat temu. Czczono je jakby bardziej od liściastych i dbano o duchy zamieszkujące w nich. Mieszkańcom drzew nie składano ofiar, ale pito herbaty z pędów pod danym drzewem - taki zwyczaj panował w Chinach i Japonii :-) Grecja i Rzym to miejsca, gdzie sosnę traktowano również dostojnie: była poświęcona bogini płodności i przyrody. A na terenach zamieszkałych przez Słowian szyszki sosny składano bożkom w ofierze.

      Dawniej wykorzystywano igliwie, szyszki, smołę sosnową, popiół ze spalonych igieł. 
     Nasiona sosny (zobaczcie ten wpis u Mr. Wilsona) jedzono przy dychawicy i wszelkich problemach z oddychaniem. Nalewki przygotowywane na pędach lub młodych szyszkach były lekarstwem na gruźlicę płuc. Specjalnie przygotowana tzw. wełna leśna była ważnym elementem w materacu każdej osoby chorującej na reumatyzm. Smołę sosnowa używano w chorobach skóry i paznokci. Bursztyn - skamieniała żywica - był od wieków uznawany za kamień święty. Noszony przy ciele przywracał zdrowie, był składnikiem kadzideł, ważnym kamieniem składanym w ofierze bogom. Z czasem stał się biżuterią, ale wiele osób twierdzi, że nawet naszyjniki z bursztynu wspomagają ich zdrowie.



    


      Fot. po lewej zapożyczone od Mr. Wilsona, przedstawia młode pędy świerku, a fot. po prawej jest autorstwa Ani Małek, a w słoju pędy sosny.





...............................................................
Źródła:
1. foto Ani - http://sprawdzonakuchnia.pl/syrop-mlodych-pedow-sosny/
2. foto mr. Wilsona - http://bushcraftwilson.blogspot.com/2012/06/marmolada-ze-swierka-kazde-wyjscie-w.html
3.D. Tyszyńska - Kownacka, T. Starek " Zioła w polskim domu."
4. I. Gumowska "Ziółka i my."

piątek, 20 czerwca 2014

"Twoja twarz nie pasuje do twojej osobowości..."




      Tu pisałam o powodach mojej niesystematycznej aktywności na Cudownych dietach. W tym kraju tak naprawdę tylko lato nadaje się na 100% pracy jaką wykonuję, więc korzystam z dobrej pogody ile się da. Piszę, że CUDowne diety to styl życia prowadzący do CUDownego Ciała, Umysłu i Duszy, i o ile wpisy na temat ciała się pojawiają, tak przez długi czas nie miałam ochoty ujawniać w jaki sposób pracuję nad duszą i umysłem. Czasami są rzeczy o których nie lubię i nie chcę pisać...

      Dużo by tłumaczyć, ale bycie joginem i w pewnym sensie upublicznianie siebie (nawet tylko poprzez aktywność blogową) to bardzo duże ryzyko złapania energetycznych brudów od Czytelników... i tu proszę się na mnie nie gniewać ;-), bo na zdjęciach poniżej sami widzicie jaka ja bywam brudna...

      Kłopoty z pięknym wyglądem biorą się oczywiście również z zatrucia: energetycznego, chemicznego i emocjonalnego.

      I sama widzę każdego dnia jak wiele rzeczy nadal we mnie siedzi.  Dużo jeszcze mam rtęci w ciele z plomby amalgamatowej, dużo tabletek przeciwbólowych i rozkurczowych, które brałam jako nastolatka by zlikwidować potworne migreny i rozkładające na łopatki bóle podbrzusza podczas okresu. Dużo mięsa, pomimo, że jestem weganką. Dużo trucizn...i one wychodzą falami. Pierwsze doświadczenie po dwóch latach niejedzenia mięsa to zwijanie się na podłodze z bólu, cierpienia kurczaków, które kiedyś bardzo mi smakowały i jadłam ich naprawdę dużo. Pamiętam, że ryczałam wtedy na całego i nie do końca rozumiałam, że weganką nie staję się od razu po odstawieniu mięsa.

      I to nie jest z takimi rzeczami tak cudownie jak ze zmianą odżywiania czy dietami oczyszczającymi, że raz - dwa razy zrobię, przez kilka lat będę się odżywiała w taki, a nie inny sposób i ciało się zmieni...z energetycznym i emocjonalnym syfem jest tak, że on CAŁY czas wychodzi, nawet przez kilkadziesiąt lat.
      Sama zmiana sposobu odżywiania nic nie daje i nigdy nie pisałam i nikomu nie mówiłam, że tylko i wyłącznie jedna rzecz może uleczyć i uzdrowić. Cały proces oczyszczania energetycznego zaczyna się dla mnie tak naprawdę dopiero po odstawieniu mięsa, po przejściu na weganizm. A potem wcale nie jest z górki ;-) Weganizm jest jedynie bodźcem, otwarciem umysłu, przejściem na lżejsze wibracje i otwarciem oczu, że jednak czegoś nadal brakuje, że nadal jest trochę brudu.

     Wygląda to mniej więcej tak: pracuję jogicznie nagle pojawia się fala syfów na twarzy, zmiana wyglądu, rysów, ohydny smak w ustach, który powoduje wymioty. Teraz myślę, że wyrzucenie wszystkim kosmetyków do kosza na śmieci, przejście na naturalną pielęgnację dały czystą twarz do tego, by energia również mogła wychodzić na zewnątrz. Po takich sesjach twarz jest czysta nie tylko fizycznie, energetycznie, ale świeci. Skóra ma inne wibracje, jest naładowana pozytywnymi emocjami i czysta.
I tej pracy jest tak wiele i czasem tak ciężko, że mam dość i jestem zmęczona, że nie mam siły na przyziemne rzeczy jak zakupy, sprzątanie, czytanie czy nawet pisanie bloga.

     Z energią jest tak, że nie dość, że musimy się oczyszczać na bieżąco, to jeszcze trzeba dokopywać się do swojej przeszłości, by móc naprawić głównie relacje między sobą samym i każdym, dosłownie każdym człowiekiem jakim się znało w ciągu życia. Nikt mi tego robić nie każe, ale ja sama staję się przyjemniejsza i milsza dla innych, a i świat daje mi miłe osoby i wiem, że warto :-) Jest tak, że albo poświęcamy się temu całkowicie, albo na pół gwizdka i wtedy życie klasycznie daje po dupie. Pewna pani ze znanego surowo-owocowego bloga, która zmieniła dietę, pracowała jogicznie i nagle odpuściła cały trud i teraz wygląda dziesięć razy gorzej niż przed zmianą diety. I z tego co mi wiadomo również pracowała z tym samym Nauczycielem.

     Jak było ze mną, to czytając bloga można się domyślić. Na początku wiele zmian sposobów odżywiania, eksperymentowania. Każda inna "dieta" wyrzuca z mojego ciała inne rzeczy, każdy inny owoc działa oczyszczająco na różne sfery, czy czakry. Każde ubranie w danym kolorze zmieniało mnie (tu widać ile szarych ubrań się pozbyłam). Każde zioło, rodzaj pieczywa, miejsce, w którym przebywam zmienia. Każdy spacer boso, każde ognisko, sauna itp. pozwalają na krok dalej.

     Ale jak to w pewnej mądrej księdze napisano:  Czasami do oczyszczania potrzebna jest druga osoba. Tak ja w końcu trafiłam na Jogina, który poprowadził mnie krok po kroku przez oczyszczanie energetyczne.


    Moje ciało bardzo się zmieniło, relacje rodzinne i koleżeńskie oczyściły, a rzeczy z poprzednich żyć zaczęły klarować. Nie wyznaję żadnej religii, a jeśli chcecie mieć mniej więcej pojęcie o co chodzi w relacjach karmicznych polecam tenfilm.

     Ten Nauczyciel ma ogromną wiedzę popartą swoim doświadczeniem, a on sam wciąż się oczyszcza, 20 lat non stop odreagowuje i wywala z siebie śmieci...i pisze, że:

    Ale inaczej się nie dało. 3 lata temu musiałem pościć 7 dni bez picia aby w końcu usunąć tą toksynę którą mi wstrzyknęli wiele lat wcześniej i dopiero wtedy mogłem zacząć zwyczajnie  żyć.

    I mam ochotę bezczelnie powiedzieć, że Pranarianin to jest rzeźnik, każda chwila dla niego jest oczyszczaniem. Ale co najważniejsze nie jest jak typowy guru, bo ma na tyle pokory w sobie, że pracuje nieustannie, nie udaje i jest prawdziwy w tym co robi.  Podkreśla, że

    Im wyżej jesteś, tym bardziej normalny i zwyczajny masz być. Sławni profesorowie traktowali mnie jako równego sobie, byli zwyczajni i nigdy się nie wywyższali. Mistrz zawsze zobaczy w tobie mistrza. A gówno zawsze wdziało we mnie gówno.

     Widzę, że wielu ludzi go nie lubi, a wręcz nie znosi, nie toleruje, nie akceptuje, wyśmiewa, drwi i szydzi, a sami nie są w stanie dokonać nawet 10% procent tej ciężkiej pracy jaką wykonuję nade mną i paroma innymi ludźmi. Lekarz wyśmiewa metody pracy, niektórzy pacjenci wracają do starego trybu życia, a bliskie osoby  nie uznają wartości tej pracy, którą w końcu widać gołym okiem. Wiem, że do tej pory nikt nie był wstanie pomóc wyładnieć pewnej zagubionej pani ogniem, zupełnie nie zmieniając diety, a Pranarianinowi się to udało. Niby nic, ale kobieta była mięsożercą!

    Widzę podczas naszej wspólnej pracy, że i jego twarz się zmienia codziennie, jest inny codziennie. Wielkim sukcesem życiowym jest to, że poradził sobie z takimi obciążeniami genetycznymi, że zwykły Kowalski pewnie by wywinął w kalendarz kilka razy. Poświęcił całe swoje życie na oczyszczanie.
    Ten Jogin ma swoje ciężkie i lekkie dni. I sam też wygląda czasem o 10 lat starzej i nie może tego znieść więc pędzi pracować z ogniem, by wstać po kilku godzinach młodszy z wyglądu o te 10 lat.
    Czasem musi pluć cały dzień ohydną flegmą, bo wychodzą mu różne lekarstwa z dzieciństwa, ale kiedy już skończy, wygląda jak młody bóg.. (i wcale mnie tu proszę nie posądzać o nepotyzm czy kumoterstwo).
     Ma wiele cudownych metod pracy, czasem ciężkich i czasem kompletnie nielogicznych dla wspomnianego już Kowalskiego, ale one naprawdę działają i widać w tym Boskie prowadzenie... I choć czasem jest wulgarny i tłumaczy pewne rzeczy na prosty i chłopski rozum mówi wprost nad czym konkretnie dany pacjent musi pracować...

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...